Historia Kasi

Historia Kasi

Artykuł miesiąca

To będzie bardzo długi wpis, z góry podziwiam Każdą i Każdego z Was, którzy dotrwają do końca.

Historia Kasi

 

Obecnie mam 24 lata, za rok zostanę lekarzem. Zaburzenia odżywiania… są ze mną od października 2005r. Choć początek problemu tak naprawdę wypada na rok 1998.

Pierwsze lata życia spędziłam z mamą w domu. Rówieśników widywałam okazjonalnie, praktycznie ciągle otaczali mnie dorośli. By im zaimponować, zamiast zabawy w dom, czy sklep, wybierałam budowanie piramid, rozkładanie lalek na części i tworzenie z nich hybryd, wypełniałam zeszyty z wzorami i literami. W wieku 5 lat sama czytałam bajki na dobranoc, słuchała ich moja mama karmiąca maleńką siostrzyczkę. Tatę widywałam rzadko. Pracował kilkanaście godzin dziennie 7 razy w tygodniu, by w tamtych czasach (prosto po rozpadzie ZSRR i „zmianie” PRL na RP) zapewnić chleb naszej 4.

W 1998 los uśmiechnął się do nas – oboje rodzice dostali pracę w wyuczonym zawodzie, w mieście z którego pochodziła mama. Kosztem dobrobytu była rozłąka i przedszkole. Maleńka siostra zaczęła je od początku, nie miała więc problemów, ja trafiłam do zerówki. Nie umiałam się bawić z innymi, nie umiałam w ogóle „trwonić czasu na zabawę”. Dla rówieśników byłam dziwadłem. Gdy poszłam do szkoły było jeszcze gorzej, gotowałam się w sobie gdy ktoś dukał, czy mylił litery. Poziom lekcji frustrował mnie, gdyż miałam wrażenie, że zamiast rozwijać się, tracę czas w którym mogłabym czytać encyklopedie czy oglądać Discovery. Dzieci zaczęły mnie szykanować. Pocieszenie znalazłam w książkach (od 3 do 6 klasy byłam czołowym użytkownikiem biblioteki) i nowości w moim życiu – słodyczy.

Czekolada przez pierwsze lata życia pojawiała się na Święta, urodziny , czasem dzień dziecka; teraz stała się stosunkowo dostępna, podobnie jak chipsy czy inne dobrocie. W bardzo szybkim tempie nabawiłam się nadwagi, a wraz z nią jeszcze większej nienawiści od znajomych z klasy.

Mimo niezadowolenia moich rodziców, postanowiłam iść do najlepszego gimnazjum w mieście. Myślałam, że tam wtopię się w tłum i znajdę przyjaciół. Mundurki, srogi regulamin, cotygodniowe apele, nacisk na konkursy i olimpiady – tego pragnęłam i to otrzymałam. Niestety natrafiły się badania bilansowe. Jako 13 latka miałam 170cm wzrostu i 77kg wagi, piersi i pośladki miałam ogromne, brzuch płaski, miesiączkowałam od prawie roku – możnaby rzec „kobieta umysłem dziewczynki”. Dla pielęgniarki – formalistki, byłam jednak przykładem dziecka z nadwagą, wysłała mnie na konsultację z lekarzem rodzinnym w celu „normalizacji masy ciała”.

Lekarka miała genialne podejście – zamiast smażyć gotuj/ piecz, zamiast ziemniaków kasze / brązowy ryż, zero soków, słodyczy, deserów, jedynie owoce, okazjonalnie orzechy i czekolada, dużo spacerów, łyżew, sanek, a do wiosny osiągniesz prawidłową masę ciała tj. 63-65kg. Zaufałam jej, mama też. Cała rodzina zmieniła wraz ze mną obiady, w chlebaku królował razowiec lub chleb z ziarnami. Pilnowałam się i po miesiącu były tego efekty – waga pokazała 72kg.

Wiedziałam, że cel jest daleki, postanowiłam więc wprowadzić poprawki – szkolne śniadanie lądowało w koszu, kolację zastąpiłam jabłkiem i jogurtem light, dołożyłam więcej ćwiczeń. Im więcej chudłam, tym mniej jadłam. Aż do niedzieli Palmowej. Długa ewangelia i ciężka 2 metrowa własnoręcznie wykonana palma sprawiły, że zemdlałam, uderzyłam głową o marmur, a na koniec znalazłam się w szpitalu. Okazało się, że ważę 50kg. Moi rodzice nie zgodzili się z rozpoznaniem anoreksji i zamiast na oddział wyszłam do domu z zaleceniem wizyty u psychiatry. Ta stwierdziła po pierwsze depresje, po drugie trudne relacje rodzinne, po trzecie zbytnią presję wywieraną na mnie, zaleciła seronil i terapię rodzinną. I na tej wizycie się skończyło. Po wakacjach ważyłam 46kg, jednak tym razem szkoła zadziałała na mnie dobrze. Zamiast na jedzeniu skupiłam się na kilku(nastu?) konkursach ogólnopolskich i problem ucichł aż do końca gimnazjum.

Zakończyłam edukację z taki wynikami, że mierzyłam jeszcze wyżej. Poszłam do liceum, które wtedy zajmowało 3 miejsce w województwie. Mimo średniej z paskiem i wzorowych testów w rekrutacji byłam raczej w dolnej połowie listy przyjętych. „Teraz czas na bycie perfekcyjną”, a także „ogarnięcie się”, bo przecież gdzie mi do tych ślicznotek z prywatnych podstawówek i gimnazjów które mam w klasie…

Nie wiem ile ważyłam opuszczając poprzednią szkołę, wiem, iż żebra zobaczyłam lustrze po 2 miesiącach – pod koniec września. W grudniu, na bilansie ważyłam już 40kg, miałam 172cm. Wezwano rodziców, czekała mnie pogadanka. Tuż przed Świętami odbyłam wizytę u jednego z lepszych psychiatrów dzieci i młodzieży. Dał mi szansę. Do 13 stycznia masz przytyć do 42kg, albo zabieramy Cię do szpitala. Okres Świąteczno noworoczny wydawał się idealny – mniej nauki , ruchu smaczne jedzenie. Jednak nie dałam rady. Na kolejnej wizycie ważyłam 37kg. Dostałam pilne skierowanie, miałam się zgłosić kolejnego dnia rano.

Pierwsze 3 doby w szpitalu były ”swobodne” – jeszcze bez kontraktu, bez zmuszania, dla oswojenia się… Potem piekło. Oficjalna waga startowa 35,5kg. Waga końcowa 53kg (18,3 BMI).

Rodziców zobaczyłam dopiero w połowie marca, na terapii rodzinnej i 3h przepustce. Paradoksalnie wtedy nastąpił kryzys. Zrozumiałam, że szpitalna egzystencja jest prostsza – postanowiłam zatrzymać się na ówczesnych 46kg i czekać, aż rodzice wypiszą mnie na własne żądanie.

Niestety lekarze byli „sprytniejsi” – BMI 15,5 dalej pozwalało im zastosować leczenie dojelitowe – sondę odżywczą. Złamali mnie. Po wielu sukcesach i spadkach na przepustkach ostatecznie zrobiłam mojej mamie najlepszy prezent na dzień matki – 27 maja 2009 po prawie pół roku dostałam wypis.

Już w lipcu wyjechałam na wakacje. Niestety pierwsze 4 dni nic-niejedzenia sprawiły, że rodzice zabrali mnie do domu. Ważyłam 48kg. Pan doktor przypomniał mi kontrakt „utrzymać stale wagę powyżej 50kg” – albo tyjesz, albo resztę wakacji spędzisz tam, gdzie poprzedni semestr. Do szkoły wróciłam 55/56kg. Ponad rok było dobrze, nabrałam jeszcze trochę ciała, ale nie ważyłam się, po równo 2 latach odzyskałam okres, mimo wysokiego wzrostu nosiłam 36.

MATURA!!!!!!!! Od października 2010 to słowo odmieniane przez wszelkie przypadki zawładnęło moim światem. Ty razem jednak stres obudził we mnie wilka. Jadłam ogromnie ilości. Jednak nie umiałam, brzydziłam się i bałam wymiotować – TYŁAM. Znów bilans zdrowia zminił moje życie – wyrok brzmiał 67kg. Niby idealna waga dla 173cm 18latki. Dla mnie za dużo. I tak pojawiła się bulimia. Do dziś nie wiem ile lepiej zdałabym biologię, gdyby nie to, że poprzedzający wieczór spędziłam na kilkukrotnym ucztowaniu i wielokrotnych ‘konwersacjach’ z klozetem.

Wakacje po maturze miały być ostatecznym czasem zmian – zdrowa dieta i siłownia. Jak ze wszystkim i tu przesadziłam. W 4 miesiące przytyłam do 73kg, jednocześnie redukując wymiary o 2 cm, prawie podwajając masę mięśniową i redukując ok. 1/3 zawartości tłuszczu… Czułam się ze sobą jeszcze gorzej, jednak widmo wyprowadzki jawiło się możliwością głodówek – byłam spokojna, że wkrótce znów ujrzę ukochaną „5” z przodu.

Jednak życie to zrewidowało – stres, mało czasu, ogrom nauki, nie pozwalały na nie jedzenie, nie służyły też zdrowej kuchni. Do tego dochodził alkohol. Byłam na niego bardzo odporna (w końcu skład i masę ciała miałam jak żołnierz), ale za każdym razem udawałam, że robi mi się niedobrze – tym sposobem fundowałam sobie jedną-dwie „niewinne” (bo nie uważane za patologię przez nikogo) uczty bulimiczce w tygodniu. Ten styl, raz bardziej, raz mniej regularny, z dodatkowymi ucztami przy „pustym mieszkaniu” ciągnęłam aż do końca 2 roku, gdy… tak zgadłyście – kolejny bilans. 75,5kg w ubraniu, po śniadaniu, dla mnie tragedia. Zaczęłam na nowo pragnąć chudości. Przez kolejne 2 lata naprzemiennie miałam miesiące gdy jadłam w miarę racjonalnie – wegetariańsko, ale ok. 1800kcal oraz czasy głodówek – 600-800kcal, głownie z jabłek i chudego nabiału.

W międzyczasie u mojej mamy zdiagnozowano raka piersi. Kończyłam wtedy 1 rok. Kolejno przeszła chemię, operację, chemię, radioterapię, chemię, drugą operację (druga pierś), radioterapię, chemię, trzecią operację (wznowa), kolejne chemie, aż w marcu 2015 rozpoznano rozsiew ogólny..

I wtedy się obudziłam. „Jezu, mam 23 lata, choruję od 10, za kilka miesięcy stracę matkę, muszę walzyć, choćby dla niej”. Podjęłam terapię z wagą 53kg. Na początku nieco przybrałam, ale potem nastały wakacje.

Ostatnie wakacje. Trzy miesiące walki z chęcią zagłodzenia się, jakby miało to odwlec nieuniknione. Trzy miesiące poświęceń, opieki, udawania nadziei. Jakoś się udało, z ciekawości zważyłam się w połowie września -53,5kg. Cieszyło mnie że nie tyję, a nie chodzę głodna, najgorsze było jednak przede mną.

Co by nie powiedzieć o medycynie, to ostatnie 2 lata studiów są drogą przez mękę. Masa wiedzy, umiejętności i egzaminów. Tydzień- dwa i musisz znać na blachę podstawy specjalizacji, którą aktualnie omawiasz. Po kolejnym tygodniu inną. I tak aż do sesji, gdzie często w ciągu dwóch tygodni musisz sobie „przypomnieć” 5-6 najważniejszych ‘bloków’.

Do tego już niewątpliwie umierająca matka.

Październik był dla mnie ucieczką. Przyjechałam dopiero po 4 tygodniach, na własne urodziny.

Nie poznałam własnej Matki. Wydawało mi się że schudła o połowę, postarzała się o 15lat, gasła. Ostatni raz zaśpiewała mi sto lat. Tydzień później umarła właściwie na moich oczach. Była karetka, szpital, dwóch księży. Zasnęła z uśmiechem na ustach. Pragnęłam zasnąć nią.

Pierwszy raz w życiu głodowałam, nie dla chudości a z bólu. Posypałam się. Nie wiem ile schudłam. Znów straciłam okres i włosy, mimo, że ten zły czas trwał raptem 2 miesiące. Od stycznia zaczęłam jeść więcej. Zdrowe posiłki podstawowe, do tego słodycze i owoce, czasem wpadnie piwo czy dwa.

Szybko nadrobiłam straty masy, ale okresu dalej brak.

Pokochałam ciało 53kilogramowe, teraz nienawidzę się bo chyba jest mnie więcej. Nie ważyłam się od września, częśc ubrań jest jednak znacznie bardziej pięta, dwie pary spodni 25’ wyrzuciłam.

Teraz zaczyna się dla mnie najtrudniejszy czas. Nienawidzę zdrowej siebie, a jednocześnie tylko zdrowa ja może podjąć zadania jakie stawia przede mną życie.

Chcę powrotu choroby, choć moją misją jest innych przywracać do zdrowia.

Pilnuję się by jeść chociaż 1700kcal. Raz ledwo dobiję, innym razem jest ponad 3 tysiące i tylko zagryzanie warg, wbijanie paznokci w ciało i płacz powstrzymują mnie przed wymiotami lub butelką laktulozy… Nie jestem zdrowa. Czuję się największym grubasem, choć wiem, że 173cm i rozmiar 36 to raczej wyjątkowa zgrabność niż otyłość.

Racjonalna część mnie chce żyć, ratować życia, zapomnieć o tym ile cm w pasie mieć powinnam, orzestać widzieć w jedzeniu kalorie zamiast smaku. Raz zjeść półlitrowe lody, kebaba, czy tabliczkę czekolady (jak choćby moje współlokatorki od czasu do czasu), bez patrzenia na kaloryczność i bez opuszczania kolejnych 2-3 posiłków z tego powodu…

Zagubina, odrzucona przez wszystkich wokół mała dziewczynka chce do mamy, która była jej światem przez pierwsze 5 lat życia… A drogę prawie na drugą stronę już znam…

Nie umiem się już głodzić, nie mam sumienia robić sobie krzywdę. Jednocześnie nie umiem zjeść obiadu jak normalny człowiek.

Paczkę ryżu dzielę na 3-4 porcje, tłuszczu nigdy nie dodaję, pieczywo ograniczam do 1 bułki, 3 kromek chleba lub drożdżówki dziennie. Owsiankę dalej gotuję z 3-4 łyżek na wodzie ze słodzikiem. A by bilans się zgadzał „pozwalam sobie” na loda, jakiś kaloryczny jogurt/serek, batona. Jednocześnie nie zjem niczego z tych rzeczy przy innych. Biorę na uczelnię jogurt naturalny lub jabłko, by w drodze powrotnej, z trzęsącymi się rękoma i prawie mdlejąca kupić drożdżówkę czy duży jogurt pitny by mieć siły wejść na 4 piętro…

Nie wiem czy kiedyś wyzdrowieje. Zaburzenia odżywiania rządzą mną prawie pół życia…. A może sama im na to pozwalam?

0 0 vote
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments